Polska na Pacyfiku

OPINIE

 

Jerzy Gawin

Google Maps wpuściło mnie w maliny. Z ich pomocą chciałem znaleźć, Wyspę Bożego Narodzenia leżącą na Oceanie Indyjskim i będącą „terytorium zewnętrznym” Australii. Zupełnie przypadkowo dowiedziałem się, że na Pacyfiku istnieje inna i to większa Wyspa Bożego Narodzenia, zwana w miejscowym, mikronezyjskim języku Kiritimati, największa na świecie wyspa koralowa o powierzchni 642 km² z czego tylko 323 to prawdziwy ląd, reszta stanowi prawie w 100% zamkniętą już lagunę. W tej lagunie żyją duże, tropikalne meduzy pozbawione parzydełek, przez co można się z nimi kąpać, co jest atrakcją turystyczną.

Kiritimati (Christmas Island). NASA – Photograph from the International Space Station. Public Domain

Kiritimati jest częścią państwa Kiribati o łącznej powierzchni lądowej 811 km² (33 wyspy) plus 4 mln km² „wód śródlądowych”, położonego po obu stronach równika, z tym że część południowa jest oddalona od równika bardziej. Tam, w przeciwieństwie do części północnej panuje suchszy podrównikowy klimat i to jest bardzo niedobrze, bo oznacza to istnienie pory suchej, a mieszkańcy Kiribati skazani są na picie deszczówki i magazynowanie jej, bo na koralowych wyspach brak jest wód powierzchniowych, a podziemne są zasolone. 21 wysp, głównie na południu jest bezludnych. Mieszkańcy Kiritimati żyją bardzo blisko linii zmiany daty i jako pierwsi witają Nowy Rok, jako pierwsi powitali XXI wiek. Tubylcy to doskonała mieszanka Fidżyjczyków i Tongijczyków, czyli mieszanka polinezyjsko-melanezyjska.
Jakież było moje zdziwienie, gdy świeżo po odkryciu „nowej” Wyspy Bożego Narodzenia, zauważyłem, że jedna z 4 istniejących osad nosi swojską nazwę „Poland”.
Okazało się, że to na cześć Polaka, Stanisława Pełczyńskiego, który nauczył tubylców nawadniać uprawy palmy kokosowej. Wg najświeższych danych (2010) mieszka tam 441 dusz. Znacznie większa jest wieś Tabwakea (1881 osób), London (1829 dusz) i Banana (1170 mieszkańców), natomiast opłakany jest los osady Paris, która została opuszczona i popada w ruinę…
W państwie Kiribati bogate są tradycje faszystowskiej przemocy. Faszyzm wprowadzili tu Brytyjczycy, którzy ok. 1892 roku wprowadzili tu swój protektorat i wytępili bogatą, miejscową tradycję ludożerstwa. Jeszcze na rok przed ustanowieniem brytyjskiego protektoratu jeden z lokalnych wodzów skonsumował swoją małżonkę po uprzednim jej uduszeniu. Niemniej kanibalizm podlegał (podobno) istotnym ograniczeniom. Wolno było spożywać tylko zwłoki wrogów zabitych podczas bitew, co szokuje mniej, bo i tak zabijano ich z innych powodów niż chęć wyżywienia współbraci, oraz zwłoki żon, ale tylko pod warunkiem, że nie była to żona ostatnia. Niewielu mogło sobie zatem na ten luksus pozwolić. Kto wie, gdyby Kiribati dostało się pod panowanie Angeli Merkel lub obecnego rządu Szwecji, kanibalizm istniałby do dziś…
Sztuka, która nie udała się brytyjskim faszystom, udała się współczesnym.
Bo też cały archipelag będący koralowymi wyspami ma charakter wybitnie nizinny, pierwsza porządna fala tsunami może go zmieść z powierzchni ziemi, a co dopiero globalne ocieplenie. W historii Kiribati zaczął się nowy okres: walka z faszyzmem (globalnym ociepleniem).
Wśród wysp archipelagu jest jedna – Banaba – która charakteryzuje się nadzwyczajną, jak na mikronezyjskie warunki cechą – ma 81 metrów wysokości. Zamieszkuje ją plemię Zarozumialców.
a) po pierwsze: nie bali się – jako górale – globalnego ocieplenia.
b) po drugie: na wyspie o powierzchni 630 ha były duże pokłady guana (fosforytów), co w mikronezyjskiej skali było niemałym źródłem dochodów.
Zarozumialcom uroiło się zatem żądanie niepodległości. Nie musieliby zatem odpowiadać za współbraci na „nizinnych” wyspach, zagrożonych skutkami globalnego ocieplenia i nie musieliby dzielić się zyskami z mieszkańcami wysp, na których nie ma guana. Niestety, pokłady g***a się wyczerpały i Zarozumialcom zmiękła rura…
Państwo Kiribati jest formalnie demokratyczną republiką i ma swego prezydenta. Jeden z nich nazywał się Tito i podobnie jak jego europejski odpowiednik zajmował się walką z faszyzmem, co w jego mikronezyjskim przypadku oznaczało walkę z globalnym ociepleniem. Niestety w 2003 roku usunięto go z urzędu, podobno za jakieś przekręty.
Mamy zatem kilka zjawisk, które inaczej wyglądają z perspektywy mikronezyjskich liliputów, a inaczej z perspektywy pełnowymiarowej:
1. „Poland”, to nie jest kraj nad Wisłą.
2. „Góry” mają 81 metrów wysokości.
3. „Tito”, to nie jest jugosłowiański polityk.
4. Niezamieszkany „Paris”. Tu bym nie był pewien, że los europejskiego oryginału będzie inny.
5. „London” z ludnością poniżej 2000 dusz.
6. Meduzy normalnych rozmiarów, ale bez parzydełek.
7. Wyspa Bożego Narodzenia nie leży na Oceanie Indyjskim i nie jest „zewnętrznym terytorium Australii”.

Jest jednak jedna rzecz, która ten egzotyczny, miniaturowy świat łączy ze światem pełnowymiarowym: walutą Kiribati jest dolar australijski, ten sam, którym Australiczycy płacą za zakupy w supermarketach „coles”.
Bo z pieniędzmi nie ma żartów. Podobnie jak z globalnym ociepleniem, które – ponieważ jest globalne – ma miejsce zarówno w Kiribati, jak i w Aleksandrowie Kujawskim. I tam i tu ma miejsce, wszyscy się go boją i nigdzie nie wyrządziło żadnych szkód; w szczególności nie zatopiło jeszcze ani jednego atolu, ale że istnieje i postępuje, to jest pewne jak dwa razy dwa.

Jerzy Gawin