Polityczny sarmatyzm i jego konsekwencje

roku 2011 sondaże dla rządzącej dziś partii Prawo i Sprawiedliwość nie wyglądały różowo. Opadała fala zwiększonego poparcia dla PiS po tragedii smoleńskiej. Nie przyniosła ona sukcesu Jarosławowi Kaczyńskiemu, przegrał on wybory prezydenckie w roku 2010 i z miesiąca na miesiąc jego partia wypadała w sondażach coraz gorzej, a przed zbliżającymi się wyborami samorządowymi powołano do życia „miękki PiS”, czyli formację polityczną o nazwie Polska Jest Najważniejsza. Wnioskowano, że konfrontacyjna i nieprzejednana narracja „talibów” jest przyczyną kiepskich tej notowań partii. Co gorsza, wśród entuzjastów tego pomysłu znalazło się grono rzetelnie wykształconych i mających opiniotwórczą siłę ludzi, do tej pory kojarzonych ze stronnikami PiS, takich jak środowisko Teologii Politycznej i „muzealnicy”: Dariusz Gawin, Dariusz Karłowicz, Marek Cichocki, Paweł Kowal, Marek Migalski, Jan Ołdakowski, a także ludzie, którym już nieco bliżej było do PO: Joanna Kluzik-Rostkowska i Jan Filip Libicki.

Poza wolą złagodzenia „moherowego” wizerunku łączyło ich jedno: wiara w republikańskie wartości w polskiej polityce. Przeciwko temu pomysłowi wystąpił zdecydowanie Ryszard Legutko. W opublikowanym na łamach dwumiesięcznika „Polonia Christiana” artykule „Sarmaci wczoraj i dziś”, którego internetową wersję można przeczytać pod linkiem: http://www.pch24.pl/sarmaci-wczoraj-i-dzis,702,i.html zdefiniował pojęcie politycznego sarmatyzmu, zanegował istnienie dobrych, polskich tradycji republikańskich i (pośrednio) nakreślił taktykę PiS na czas pozostawania w opozycji po zdobyciu władzy.

Polityczny sarmatyzm zdaniem Profesora to zjawisko skrajnej nieufności do władzy centralnej, przed którą obroną jest pozbawienie jej (w tym przypadku króla elekcyjnego) prerogatyw władzy, a każda próba zmiany tego stanu rzeczy prowadzi do nastrojów rokoszowych: wypowiedzenia posłuszeństwa królowi, oskarżania go o próbę wprowadzenia „absolutum dominium”, „dyktatury”, a jeśli zamiary królewskie mają szansę powodzenia, szukanie pomocy na obcych dworach.

Jest to zjawisko nadzwyczaj trwałe i żywotne, bynajmniej niezakończone wraz z upadkiem I RP. Zdaniem Legutki I RP nie była republiką, choć taką udawała, a po prostu demokracją szlachecką, oddajmy głos Autorowi:

„Bajki o republice”

Opowieści o republikanizmie I Rzeczpospolitej zdają się obecnie toczyć w najlepsze, wbrew wiadomemu finałowi tego państwa i wbrew najbardziej intuicyjnemu rozumieniu pojęcia republiki. Jeśli uznamy, że wspólnota narodowa to coś więcej, niż tylko suma jednostek, jeśli zgodzimy się na to, że wspólnota taka ma swój możliwy do odczytania interes, którego nie można zawęzić do partykularnej grupy i który często wymaga podrzędności jednostek względem niego, szybko dojdziemy do wniosku, że Rzeczpospolita Obojga Narodów była głęboko antyrepublikańska.

Czym więc była? Po prostu demokracją szlachecką. Panował w niej ustrój, stanowiący sposób obrony indywidualnych interesów określonej grupy społecznej. Demokracja, w moim przekonaniu, przy wielu innych swoich wadach, ale i zaletach, charakteryzuje się szczególną łatwością w dokonywaniu z jednej strony straszliwego semantycznego spustoszenia – słowa tracą znaczenie, a często bywają wykorzystywane w znaczeniu wprost przeciwnym – z drugiej zaś wyzwala w człowieku nieprzebrane zasoby niemoralności, z jej najczęstszym przejawem na czele: kłamstwem.”

Ta diagnoza ma swoje, daleko idące konsekwencje: polska dusza nie jest republikańska, nie troszczy się o dobro wspólne, oparcie dalszego planu działania partii opozycyjnej na pomysłach PJN („miękkiego PiS-u”) jest nie tylko błędem, ale politycznym samobójstwem. Czas potwierdził słuszność tej diagnozy: PJN została szybko zapomniana, a po zwycięskich wyborach w 2015 roku opozycja szybko stała się bardzo przewidywalna popadając w nastrój rokoszowy i ogłaszając hasło „totalnej opozycji”.

Dlatego, ku zdziwieniu Grzegorza Schetyny i innych opozycjonistów, rząd wprowadza reformy wyjątkowo to pornie, odgórnie, bez finezji, jest „antydyplomatyczny” i …zwyżkuje w sondażach.

Do przewidzenia było „szukanie pomocy na obcych dworach”, czyli użycie władz UE jako straszaka na rząd PiS, do przewidzenia było larum określane jako „zamach na demokrację” przy sprawie TK i reformy sądownictwa, antypolskie wystąpienia francuskiego prezydenta też umacniają ten rząd wewnątrz kraju (jakby kto zapomniał: czemu zawdzięczał swą popularność Jerzy Lubomirski?). Tyle że teraz „rokoszanie Lubomirskiego” są u władzy, a UE nie tylko słabnie, ale traci autorytet.

Bo sposób rozegrania sprawy uchodźców przez polskie władze jest na pewno niesympatyczny („nie przyjmiemy nikogo”), ale potwierdza w oczach opinii słuszność tej polityki: uchodźcy zaczynają stanowić problem, z którym UE nie potrafi sobie poradzić.

Za to kłamać wolno: w fantazje Antoniego Macierewicza nie wierzy zapewne i on sam, ale co z tego, skoro PiS-owi rośnie…

Bo jak słusznie zauważył Ryszard Legutko: w demokracji wolno kłamać, a polska dusza jest demokratyczna, a nie jest republikańska, bo w takim wypadku tymi metodami nic by nie zdziałano.

Czyżby zatem polityczny sarmatyzm przezwyciężono w Polsce sarmackimi metodami?

Sarmatyzm prowadził do sytuacji, w której wyjątkowo łatwo storpedować każdą próbę zmian: albo liberum veto, a jak to nie pomoże to obce wojska. Polityka traciła moc sprawczą.

Tym razem rząd wręcz demonstruje, że tę moc sprawczą posiada, szuka zwady:

Wytniemy drzewa w Puszczy Białowieskiej i nic nam nie zrobicie, nie przyjmiemy uchodźców, nie pozwolimy sędziom warcholić.

A Tusk niech sobie siedzi w Brukseli. W kraju potrzebni są bezsilni, „totalni” opozycjoniści…

Jerzy Gawin