Narodziny Sarmacji

OPINIE

W roku 1382 w Radomsku odbył się ogólnopolski zjazd szlachty, na którym radzono, co robić po śmierci Ludwika Węgierskiego, który nie zostawił męskiego potomka. Nie uradzono, kto ma być królem, ale zaczynający mieć świadomość swej siły stan szlachecki po raz pierwszy skorzystał z prawa weta i uradził, kto królem nie zostanie: Zygmunt Luksemburczyk. Właściwie było to wydarzenie, które skłoniło Opatrzność do interwencji, bo tak głupio zarządzany kraj bez Boskiej interwencji istnieć nie mógł, ale nawet z jej pomocą zapewnia krajowi trwanie, ale nie rozwój.
W czasach panowania Ludwika stan szlachecki opatentował cenny wynalazek, wielokrotnie później udoskonalany, a nigdy niezarzucony: jak rządzić krajem nie ponosząc ani kosztów rządzenia, ani odpowiedzialności za rządy. Nazywało się to wtedy przywilejem koszyckim, ale to będzie dopiero początek.

Dlatego też, zrządzeniem Opatrzności, w roku 1382 do nieodległej od Radomska Częstochowy, na Jasną Górę sprowadzono ojców paulinów. Dwa lata później, na kolejnym zjeździe szlachty w Radomsku „grupa trzymająca władzę” zadecydowała, że królem będzie węgierskie dziecko płci żeńskiej z dynastii Andegawenów, a wyswata się ją z „litewskim dzikusem”. Wzmogło to działania Opatrzności, gdyż sam klasztor już nie wystarczał, potrzebny był jeszcze łaskami słynący obraz Matki Bożej. Opatentowany przez szlachtę wynalazek bardzo się jej spodobał, gdyż zasiadający na tronie po śmierci Jadwigi Jagiellonowie byli de facto królami elekcyjnymi i każde zapewnienie sukcesji po zmarłym monarsze było uwarunkowane przyznaniem kolejnych przywilejów. Narodził się zatem genialny system sprawowania władzy: król dostał trochę ziemi, grosza, zamek na Wawelu, co by nie żył jak dziad, coś jak mieszkanie służbowe, samochód i sekretarkę, ale tym, którzy tym krajem (na jego zgubę) rządzą naprawdę, podskoczyć nie mógł.

Ustrój polski jest skonstruowany tak, że każda próba jego reformy jest niczym usiłowanie wydobycia się z bagna: jeden krok w górę i bagno wciąga cię z powrotem, nawet głębiej. Niemniej, dzięki wstawiennictwu Opatrzności tak idiotycznie skonstruowane państwo przetrwało 400 lat, mało tego! Odrodziło się na nowo, aczkolwiek w skromniejszych granicach po 123 latach. A gdy 20 lat później nastąpiła kolejna, wydawało się, ostateczna katastrofa, nowy władca, wschodni satrapa i zbrodniarz, pozwolił mu się odrodzić w nowych, przesuniętych na zachód granicach. Z nowym, powojennym państwem nastały nowe porządki, ale 45 lat później wszystko wróciło do normy. Powstały nowe elity, które po 1-2 pokoleniach nabrały wszystkich złych cech dawnej szlachty: są pewne siebie, umysłowo gnuśne, mają obrzydliwe poczucie wyższości wobec nieuprzywilejowanej części narodu i nie ma sposobu, by ten stan rzeczy zmienić. Ostatnio nazwali się „nadzwyczajną kastą ludzi”.

W tych warunkach nie ma się co dziwić, że kolejni władcy od Jana III począwszy, a na Andrzeju Dudzie skończywszy, jeżdżą na Jasną Górę, by los kraju powierzyć Matce Bożej, bo sami nie mają siły się z tego bagna wyrwać. Ani podskoczyć „grupie trzymającej władzę”.

Jerzy Gawin