Teatr Fantazja wystawił “Brancz” Juliusza Machulskiego

Brancz, czyli za jednym przysiadem śniadanie z obiadem

Jedną z takich sentencji powitała audytorium spektaklu pani Kazia (Ula Orczykowska) która pomimo wieku i trudności w poruszaniu się, pierwsza, nieco utykając i sapiąc za zmęczenia, dotarła do restauracji na rodzinne spotkanie. Zorganizowała to spotkanie jej córka – Marta (Marta Kieć-Gubała) ze swoim aktualnym mężem Szymonem (Andrzej Świtakowski).

Drugą osobą, która przychodzi do restauracji, jest wnuczka pani Kazi, Nela (Agata Kruszka). Po serdecznym powitaniu wywiązuje się między nimi rozmowa. Nela zwierza się babci, że wychodzi za mąż. Ma jednak problem ze swoim biologicznym ojcem, którego nie chce zaprosić na tę uroczystość. Babcia, chociaż krytyczna wobec byłego zięcia, próbuje wnuczkę przekonać, że ojciec, to zawsze ojciec. Nela się nie zgadza. Dla niej ojcem jest raczej Szymon, mąż matki. Stara się ona także nauczyć babcię imienia swojego chłopca – to nie Olek ani nie ‘olał’, tylko Olaf (Michał Macioch). Olaf przyjechał do naszego kraju aby zrealizować film o polskiej rodzinie, mocnej kultywowanymi tradycjami. Co zresztą przez cały czas przedstawienia wykonuje.

Za chwilę wchodzą Marta i Szymon, a potem dołącza jeszcze matka Szymona, Alicja (Jolanta Szewczyk) która się zgubiła po drodze i nieco dłużej zajęło jej dotarcie na rodzinny brancz. W dodatku rozminęła się z Szymonem, który po nią pojechał, kiedy zrozpaczona dzwoniła, że nie może trafić. 

Niepozbawione krótkich spięć i konfliktów spotkanie zakłóca nieproszony gość – pijany Zdzisław (Bogusław Szpilczak) pierwszy mąż Marty – ojciec Neli. Próbuje wywołać awanturę. Dopiero znokautowany przez dzielną kelnerkę (Ela Chylewska) zmuszony jest opuścić lokal.

Z niekłamanym zainteresowaniem obserwują to dziwne spotkanie inne osoby. Jeden z gości (Wiesław Rogoliński) kilkakrotnie przechodzi obok, rzucając w kierunku stołu zdumione spojrzenia.

Przedstawienie ogląda się, a raczej uczestniczy się w nim, z prawdziwą przyjemnością. Humorystyczne sceny, sytuacje, dialogi i powiedzonka wprowadzają lekki, pogodny nastrój. Widownia wielokrotnie reaguje wybuchami gromkiego śmiechu i spontanicznych braw.

Każda scena jest jednak głęboko przemyślana i autor, Juliusz Machulski zmusza widza do refleksji. Każda z występujących postaci jest przedstawicielem nie tylko innego pokolenia, ale także innej warstwy społecznej i kulturowej.

Istotnym wątkiem sztuki jest kontynuowanie polskich tradycji. Stąd właśnie to spotkanie świąteczne. Że Wielkanoc będzie dopiero za dwa tygodnie? To nie ma znaczenia. Najważniejszy rytuał podzielenia się jajkiem zostaje zachowany. – To samo zrobimy na Boże Narodzenie. Spotkamy się w listopadzie – mówi Marta, bo potem sobie wyjedziemy.

Co jest przyczyną takiego pomieszania istoty tradycji, że nawet usłużny cieć hotelowy (Jacek Samborski) chcąc podkreślić wagę tego świątecznego spotkania, dwukrotnie próbuje postawić na stole biesiadników ubraną choinkę?

Na wyrażoną przez Kazię dezaprobatę, że święta powinno się obchodzić w domu, Marta wypomina matce, kiedy jako dziecko, podrzucana do babci samotnie spędzała niejedne święta… I tutaj należałoby się zastanowić, czy chęć dodatkowego zarobku, właśnie z myślą o przyszłości dziecka nie ograbia tego dziecka z czegoś o wiele ważniejszego? Czy warunki życia w PRL-u z możliwością orbisowskich wycieczek zarobkowych były wystarczającym powodem do wypaczania tradycji? I zaraz nasuwa się pytanie – A jak jest dzisiaj? Tutaj i teraz? Jak nasze dzieci będą wspominać swoje święta? Jakie tradycje wyniosą z domu rodzinnego, który im tworzymy?

Kazia jest kobietą prostą. Mówi to co myśli. Za pieniądze, które oni tu zapłacą, to by przez tydzień wyżywiła całą rodzinę. W dodatku, co tu jeść? Najlepsze według niej jest polskie jedzenie, nie jakieś tam frykasy. Działa jej na nerwy kelnerka ze swoim „oczywiście” powtarzanym na każde ze stawianych wymagań. Kazia staje się śmieszna i dzieci traktują ją z pobłażaniem. 

Zupełnie inną postacią jest Alicja – matka Szymona. Delikatna, kulturalna, ale niestety cierpi na demencję. Niedosłyszy i ma problemy ze wzrokiem. Nie chce swoją osobą nikomu sprawiać problemów. – Ja już jadłam. Nie będę tutaj nic jeść –  podkreśla kilkakrotnie. Za wszelką cenę usiłuje nadążyć za upływającym czasem, nie dać się pokonać niedołęstwu. Pamięta, że na przyjęcia przychodzi się z prezentami. Ale upominki, które przyniosła każdemu są co najmniej śmieszne i nieodpowiednie. Z pomocą przychodzi jak zawsze praktyczna Kazia, która po prostu zamienia niektóre prezenty. Alicji myli się także okazja spotkania.  W pewnym momencie nuci kolędę. Szymonowi dedykuje „z okazji urodzin” napisaną przez niego książkę, którą dał matce do przeczytania. Na koniec ambitna i honorowa Alicja postanawia zapłacić w restauracji rachunek. Niestety, gotówki nie ma, a jej karta kredytowa nie działa.

Rachunek płaci Szymon. Umawia się, że zaraz następnego dnia pójdzie z matką do banku i pomoże załatwić jej formalności związane z kartą. Zajmie się także naprawą telewizora, który jak wspomniała jest zepsuty. Czyli to młodsze pokolenie wcale nie jest takie egoistyczne, jakby się mogło wydawać. Pomimo pozornej obojętności, a nawet podśmiewania się z jej zagrań, Szymon zdaje sobie sprawę ze stanu matki i opiekuje się nią. 

Kolejnym tematem tej sztuki jest małżeństwo i ślub. Zdzisław uzyskał unieważnienie swojego ślubu kościelnego i teraz będzie mógł zawrzeć związek z nową wybranką. Tak się składa, że uroczystość zaplanował na ten sam dzień, kiedy ma być ślub jego córki, Neli. – To cię nie poprowadzi do ołtarza, martwi się babcia. – Nie, bo nie będzie żadnego ołtarza. To będzie ślub cywilny. – Unieważnienie małżeństwa ze Zdzisławem daje także swobodę Marcie. – Więc i my będziemy mogli wziąć ślub, obwieszcza Szymonowi. Szymon jest ateistą i jest mu to obojętne, ale jak Marcie zależy na ślubie – to czemu nie.

– Ale się porobiło –  komentuje Kazia. I to stwierdzenie może być podsumowaniem nie tylko przedstawienia, ale i współczesności, w której przyszło nam żyć. Gdzie postawić granicę dobra i zła? Co można akceptować, a co akceptowane być nie powinno? Czy „brancz” w środku Wielkiego Postu można uznać za tradycję Wielkiej Nocy? Co powinno być sednem, a co jedynie przyjemną oprawą celebrowania?

Autor sztuki prowokuje pytania. Odpowiedź każdy musi sobie znaleźć sam. (Do mojego męża podczas święcenia pokarmów w kościele w Ashfield podszedł raz Polak ze starszej generacji z zapytaniem – A nie wie pan gdzie tu opłatki sprzedają?…)

Przesłanie autora nie zyskałoby takiej siły przekazu gdyby nie zaangażowanie reżysera (Michał Macioch) i doskonała gra aktorów. „Fantazja” już dawno bowiem przestała być teatrem amatorskim. Jest to bezsprzecznie teatr profesjonalistów i to wysokiej rangi! Piętnaście lat pracy pod kierunkiem Joanny Borkowskiej-Surucić daje aż nadto widoczne tego efekty.

W tej sztuce, na największe uznanie zasługują oczywiście dwie mamy – Kazia i Alicja. Ula Orczakowska (Kazia) doskonale ucharakteryzowana – srebrno-siwe, gładko w kok zaczesane włosy, ładna sukienka i pewnie ze względu na problemy z chodzeniem, sportowe buty na nogach. Ciągnie za sobą nieodłączną torbę na kółkach. Tak na wszelki wypadek. Swoją mimiką, każdym gestem, powiedzonkami, Ula przedstawiła tak znany nam typ, względnie dobrze sytuowanej, praktycznej kobiety, która potrafi dać sobie radę. Ona doskonale wie, kiedy i do kogo się uśmiechnąć i podziękować, pomimo, że przed chwilą jawnie pokazywała dezaprobatę. To jest „kobieta światowa”, która była na wielu zagranicznych wycieczkach orbisowskich i wie co się opłaci. Gdyby ktoś nie znał prywatnie Uli, to mógłby być święcie przekonany, że taka właśnie jest – a ona przecież tylko doskonale gra daną jej rolę!

  • Kazia (Ula Orczykowska) i Nela (Agata Kruszka) fot. Tom Koprowski

Zupełnie inną postać gra Jolanta Szewczyk (Alicja). Wchodzi nie z tej, co pozostali goście, strony. Jest zagubiona, ale stara się to ukryć, tłumacząc, że pomyliła jedynie nazwy restauracji. Ubrana jest wytwornie. Kapelusz na głowie, suknia, buciki i skórkowa brązowa torebka – modna, duża. Jola gra osobę kulturalną, panią z dobrego kiedyś towarzystwa. Zna konwenanse i stara się do nich dostosować. Swoje słabości trzeba ukrywać, udając, że się słyszy i widzi wszystko. Jola kreuje tę postać do perfekcji prawdziwie.

Urocza Marta – to tylko zbieżność imion (Marta Kieć-Gubała) – jest tak naturalna, jak tylko to może być. Doskonale gra rolę normalnej, szczęśliwej w swoim związku młodej kobiety. Jest oczywiste, że wymknęła się spod skrzydeł matki i już nie pozwoli sobą rządzić. Jest zdecydowana. Nawet w jednym przypadku traci kontrolę i robi podniesionym głosem matce wymówki. 

Andrzej Świtakowski (Szymon) gra jakby stworzoną dla siebie rolę intelektualisty, pisarza, który wydawać by się mogło, że nie chodzi po ziemi – ale to tylko pozory. Kiedy wymaga tego sytuacja – reaguje natychmiast. Jest jakby troszkę powściągliwy, ale widać, że kocha Martę. Ma doskonałe poczucie humoru – tak na scenie, jak i dla tych którzy go znają, w rzeczywistości. Potrafi sobie czasem zażartować z matki – ale wie kiedy potrzebuje ona pomocy.

Tylko charakterystyczna barwa głosu pozwoliła domyśleć się, że w roli kelnerki obsadził reżyser Elę Chylewską. Widzowie byli przekonani, że to jedna z pracownic klubowego baru wyszła, żeby obsłużyć siedzących przy stole gości. Który to już raz Ela wcieliła się w graną rolę tak doskonale, jakby się do tego urodziła. Za każdym razem wydaje się być doskonale autentyczna.

Agata Kruszka, to szczęśliwa, zakochana Nela. Jest urocza w swojej ufności w to, że wszystko będzie dobrze, bo się kochamy. Jest bardzo naturalna. Kradzione uściski i pocałunki z Olafem (Michał Macioch) kiedy tylko może on na moment oderwać się od swojej pracy, dodają jej uroku. To miłość sprawia, że jest tak przyjaźnie nastawiona do świata, nawet tego, który reprezentuje babcia Kazia i teściowa matki, Ala. Jedyną osobą, co do której Nela nie wyraża sympatii jest jej biologiczny ojciec – Zdzisław.

Bogusław Szpilczak, który gra Zdzisława, też wchodzi a właściwie wtacza się na scenę przez tylne drzwi – nieproszony. Jest tak autentyczny w swoim zachowaniu, że spotykając go po zakończeniu przedstawienia, widzowie dziwią się, że tak szybko zdołał wytrzeźwieć.

  • Nela (Agata Kruszka) fot. Tom Koprowski

Dwaj panowie – Jacek Samborski oraz Wiesław Rogoliński nie mówią nic w tym przedstawieniu, ale swoją postawą, ruchami, spojrzeniem, sposobem poruszania się mają do odegrania ważną rolę – i jak zawsze wywiązują się z tego znakomicie. 

Ta sztuka, to zderzenie tradycji z nowoczesnością. Można to było obserwować także w oprawie muzycznej przedstawienia. Tradycyjny fortepian (Konstancja Kotowska) i skrzypce (Beata Stanowska) zostały na życzenie organizatora branczu uzupełnione nowoczesną muzyką (Richard Valdez i Izaak Zorzano). Nie bez znaczenia jest fakt, że nowoczesnych muzyków wprowadziła do akcji tradycyjna pianistka.

Jest jeszcze jeden, niezwykle istotny aspekt, poruszony w tej sztuce. To wpływ anglicyzmów, czyli zaśmiecanie naszego języka spolszczonymi obcymi słowami. Stąd właśnie tytuł –  fonetyczna pisownia „brancz” – zamiast angielskiego „brunch”.

Reżyserem tego przedstawienia jest Michał Macioch. On też dokonał adaptacji  sztuki, aby mogła być wystawiona w naszych warunkach. Oczywiście dzieje się to wszystko pod opiekuńczym okiem dyrektora artystycznego, Joanny Borkowskiej-Surucić, założycielki Teatru Fantazja i reżysera wielu doskonałych przedstawień.

Na podziękowanie i słowa uznania zasługuje także Polski Klub w Bankstown. Dla potrzeb tego spektaklu Zarząd nie zawahał się w podjęciu decyzji całkowitego przemeblowania sali widowiskowej Klubu.

Marianna Łacek
Zdjęcia Tom Koprowski