Maestro Włodzimierz Kamirski

Maestro Włodzimierz Kamirski – dla przyjaciół po prostu Włodek

fot. T. Koprowski

Aż trudno uwierzyć, że go już wśród nas nie ma. Odszedł tuż po Świętach Wielkanocnych, 22 kwietnia, tego roku. Ale człowiek żyje tak długo, jak długo żyją wspomnienia o nim. A naszego Maestro zapomnieć nie sposób. Jego obecność wycisnęła niezatarte piętno w świecie artystycznym na wszystkich prawie kontynentach a także wśród tych, których zwykł był nazywać swoimi przyjaciółmi.

Włodzimierz Kamil Kamirski urodził się w Lublinie, 3 stycznia 1943 roku. Jego rodzice, to matka, Maria Radziwiłłówna (z Litwy) oraz ojciec Władysław, legionista, wówczas redaktor naczelny Kuriera Lubelskiego. 
Po tragicznej śmierci w r. 46  pierworodnej córeczki, rodzice cały swój wysiłek skierowali na wychowanie syna, który został ich jedynym dzieckiem. Mieszkali już wtenczas w Warszawie.
Mały Włodek pobierał lekcje muzyki. Zafascynowany talentem dziecka nauczyciel zachęcał go do występów. Pięcioletni Włodek Kamirski dał w roku 1948 w Warszawie swój pierwszy, solowy koncert fortepianowy.
Muzykę uwielbiał. Potrafił całymi godzinami ćwiczyć na fortepianie, utwory zadawane mu przez prywatnych nauczycieli. 

Marzeniem Włodka było studiowanie muzyki. Ojciec uważał jednak, że muzykę należy traktować raczej jako hobby, a na życie trzeba zapracować wykonując konkretny zawód. Tak więc Włodek po maturze studiował dwa kierunki uniwersyteckie – prawo oraz muzykę. Tę ostatnią pod okiem prof. Stanisława Wysłockiego. Jako hobby Włodek traktował języki, których uczył się od dziecka. Zdobył biegłość w siedmiu. Oprócz polskiego znał litewski, rosyjski, niemiecki, francuski, włoski i angielski. Znajomość języków okazała się niezwykle pomocna w późniejszych latach, kiedy jako jeden z czołowych dyrygentów zapraszany był do prowadzenia koncertów i oper w wielu nie tylko europejskich krajach. 

Rodzice Włodzimierza, Państwo Kamirscy zaakceptowali muzyczną karierę syna dopiero, kiedy w r. 1968 został asystentem dyrygenta w Warszawskiej Operze. Po dwu latach wyjechał do Mediolanu we Włoszech, gdzie pracował w Teatro Alla Scala. Mentorami uzdolnionego Polaka byli sławni dyrygenci – Franco Ferrara oraz Paul Kletzki.

Z tamtych włoskich czasów pochodzi jedno z bardzo osobistych wspomnień, dwudziestoparoletniego wówczas muzyka. Mieszkał w willi na parterze. Często odpoczywając przed wieczornym koncertem widział jak jego ulicą chodziło na spacer dwoje ludzi – starsze małżeństwo. Idąc trzymali się za ręce. Zatęsknił wtenczas, aby dożyć emerytalnego wieku i tak iść na spacer, trzymając się z żoną za rękę. Niestety, było to jedno z  marzeń, które jak nam powiedział, podczas rozmów już przy łóżku szpitalnym, nigdy nie miało mu się spełnić…

Maestro Kamirski, znany pod artystycznym imieniem Vladimir, w latach 1972 – 73 zatrudniony został w brukselskiej Royal Opera. W tym czasie przyjeżdżał także do Warszawy i Łodzi by dyrygować opery Verdiego, Pucciniego i Mussorgskiego. W roku 1973 Włodzimierz Kamirski został mianowany Dyrektorem Muzycznym Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia i Telewizji w Warszawie, a także dyrygentem Orkiestry Filharmonii Narodowej Polskiego Radia w Katowicach i Orkiestry Polskiego Radia w Krakowie. 

Przez kolejnych kilka lat prowadził wiele koncertów dyrygując orkiesrami w St. Petersburgu, Venecji, Berlinie, Neapolu, Kolonii, Brukseli, Kopenhadze, w Melbourne, Sydney i w Nowym Jorku. Maestro Kamirski wykonał szereg archiwalnych nagrań dla Polskiego Radia. Brał także udział w wielu festiwalach muzycznych jak Berliner Festwochen, Bratislavis Cantans oraz w Warszawskiej Jesieni.

W roku 1983 Włodzimierz Kamirski przybył do Sydney, gdzie od pewnego czasu przebywała jego partnerka, a wkrótce żona, Ewa Kozłowska. Pierwsze kroki skierował do Sydnejskiej Opery, która akurat świętowała swoje dziesięciolecie (otwarta przez Królową Elżbietę w r. 1973 z niezapomnianym koncertem polskiej solistki, skrzypaczki Wandy Wiłkomirskiej). Wspominał po latach, że to pierwsze spotkanie nieco go rozczarowało. Ze zdjęć i nagrań telewizyjnych wyobrażał sobie budynek Opera House jako o wiele bardziej okazały. Ale już wnętrze budynku wywołało pozytywne odczucia – Opera zadziwiła go swoją architekturą. Stwierdził również, że akustyka Sali Koncertowej przewyższa nawet wiele europejskich i amerykańskich sal.

Sydnejskim debiutem Włodzimierza Kamirskiego była opera Gounoda ‘Romeo i Julia’ w r. 1985. W tym samym roku dyrygował ‘Requiem’ Giuseppe Verdiego. Koncert odbywał się w Sydnejskiej Katedrze Najświętszej Marii Panny. My oglądaliśmy ten koncert w telewizji ABC, gdzie był na żywo transmitowany. Wspominaliśmy to wydarzenie wielokrotnie w naszych późniejszych z nim rozmowach. Tamto wykonywane w Katedrze ‘Requiem’ było dla Włodka niezwykłym, omal nieziemskim przeżyciem, którego, jak mówił, słowami nie da się opisać.      – Takiego uczucia, powiedział, nie doświadczyłem nigdy więcej – ani wcześniej, ani potem. 

Podobnie, jak tamto niezapomniane ‘Requiem’ wspominaliśmy w rozmowach z Włodkiem słynną Operę Aida, wystawianą z prawdziwymi słoniami na boisku sportowym ‘Sydney Cricket Ground.’ Oglądaliśmy tę operę dwukrotnie, ponieważ za pierwszym razem, tuż przed zakończeniem zgonił nas z widowni ulewny deszcz. Wszyscy uczestnicy tamtego seansu otrzymali bilety wstępu na cały powtórny występ. Nie zdawaliśmy sobie sprawy wówczas, że to Maestro Kamirski podjął taką decyzję. Pięć lat później wystawił operę ‘Turandot’ także na stadionie – tym razem był to ‘Sydney Football Stadium’. Wracaliśmy do tych zdarzeń wielokrotnie, kiedy w przyjacielskiej pogawędce, Włodek dzielił się z nami swoimi wspomnieniami tamtego oraz wielu innych koncertów i przedstawień operowych. 

Druga połowa lat osiemdziesiątych oraz lata dziewięćdziesiąte, to prawdziwy rozkwit kariery tego niezwykle utalentowanego Polaka, dyrygenta o światowej już sławie. Miał na swoim koncie kilkanaście oper wystawianych w Sydney, Melbourne, w Brisbane, Hobart i Perth, m.in. ‘Carmen’ i ‘Madam Butterffly’ również w Singapurze. Maestro Kamirski zyskał sobie międzynarodową sławę, jako utalentowany dyrygent orkiestr operowych i symfonicznych. Traktując Sydney jako bazę, kontynuował swoje muzyczne zaangażowanie  wyjeżdżając do USA, Azji, i wielu europejskich krajów aby dyrygować orkiestrami i operami. Zaproszony do Ameryki Południowej dyrygował Brazylijską Orkiestrą Symfoniczną w San Paulo i Rio de Janeiro; do Nowej Zelandii, gdzie wystawiał trzy opery Verdiego oraz Carmen Bizeta.

W roku 1995 australijska wokalistka – Yvonne Kenny otrzymała nagrodę ‘The Best Classical Album’. Były to nagrania jej występów z Orkiestrą Symfoniczną w Melbourne, którą dyrygował Vladimir Kamirski.

Także polska społeczność otrzymała od naszego, światowej sławy krajana cenny upominek, w postaci cotygodniowych pogadanek radiowych. Nadawane w ogólnoaustralijskich, programach radia SBS segmenty dotyczyły muzyki operowej. Od początku bieżącego stulecia, w każdy piątek, na dźwięk arii z opery ‘Rigoletto’, G. Verdiego polscy słuchacze gromadzili się przy radioodbiornikach, aby chłonąć słowa kolejnej arcyciekawej pogadanki.  Trwało to przez co najmniej dziesięć lat. Włodzimierz Kamirski, bezkonkurencyjny znawca tematu, dał się także poznać jako mistrz polskiego języka. Nie tylko mówił przystępnie i ciekawie, on także ilustrował swoje wypowiedzi fragmentami cennych nagrań. Znam wiele osób, które dzięki tym radiowym pogadankom otrzymały możliwość zetknięcia się ze światem opery, jaki w przeciwnym razie byłby dla nich niedostępny. Dla miłośników opery, te audycje stanowiły cotygodniową ucztę duchową.

Kiedy w r. 2003 Sydney zostało wybrane gospodarzem POLART, Maestro Kamirski okazał się bardzo pomocny przy organizowaniu Finału Festiwalu w Sali Koncertowej Sydney Opera House. Sam na przykład zaangażował dekoratora oraz operatorów do wyświetlania slajdów o Polsce, które ilustrowały poszczególne punkty programu. Cały Festiwal zakończył się wielkim sukcesem tak pod względem artystycznym, jak i finansowym.

W tym samym czasie, dysponująca funduszem Ewy Malewicz, Rada Naczelna Polskich Organizacji poprosiła mnie o zorganizowanie Konkursu Muzycznego dla australijskiej młodzieży polskiego pochodzenia. Ośmielona życzliwością, z jaką Maestro Kamirski włączył się do festiwalu POLART, zadzwoniłam z zapytaniem, czy nie udzieliłby swojego poparcia Konkursowi Muzycznemu. Ku mojej radości, zgodził się natychmiast. Wtenczas jeszcze pracował jako dyrygent w Opera Australia. 
Znalazł wolną niedzielę aby wraz z Wandą Wiłkomirską oraz Maciejem Pawelą spotkać się z nami i omówić regulamin Konkursu. Włodek przyniósł wtenczas bukiet przepięknych róż – powiedział, że to od Ewy, jego żony z ich ogrodu. Cały nasz dom wypełnił się zapachem, jakiego niestety nie mają róże kupione w kwiaciarni.

Tak jak Wanda Wiłkomirska była sercem tych konkursów – Włodek Kamirski stał się ich muzycznym sumieniem. On nie tylko oceniał jak polscy nastolatkowie grają – ale potrafił swoją niezwykłą, muzyczną intuicją dostrzec potencjał każdego z tych młodziutkich muzyków. Pierwszego dnia, po przesłuchaniach, rozmawiał serdecznie z każdym uczestnikiem, zadawał dodatkowe pytania, udzielał rad, dawał wskazówki, zwracał nawet uwagę na postawę przy wykonywaniu utworów. Wielu nie zdawało sobie wówczas sprawy, kim jest Włodzimierz Kamirski. Niektórzy, starając się potem na studia muzyczne widzieli jakie wrażenie komisji rekrutacyjnej wywoływał podpis Kamirskiego na Dyplomie Konkursu, który prezentowali wraz z innymi świadectwami.

I tak było podczas pięciu edycji tego Konkursu. Za każdym razem po dwa dni wytężonej pracy, niesamowitego wysiłku. Nie chciał przyjąć nawet kwiatów w podziękowaniu, a zaproszony na obiad po zakończeniu Konkursu, potrafił pokryć rachunek za wszystkich, zanim myśmy się zorientowali. Podkreślał, że zebrane fundusze muszą być przeznaczone na nagrody dla tych dzieci. I były, także te od sponsorów i od publiczności. Ani jeden uczestnik nie wyjechał z żadnego sydnejskiego konkursu bez nagrody. Rada Naczelna fundowała jedynie główne nagrody dla zwycięzców.

Nawet jeśli przesłuchania konkursowe trwały nieraz kilkanaście godzin, czas nie dłużył nam się nigdy. Włodek miał niesamowite poczucie humoru a także niewyczerpany zasób żartów, dykteryjek i kawałów. Czasami Wanda Wiłkomirska strofowała go delikatnie, mówiąc – No, syneczku, już wystarczy. Wracamy do pracy. – Wywoływało to u nas, to znaczy u Macieja Paweli i u mnie, kolejną salwę śmiechu. Włodek Kamirski był co najmniej dwa razy większy od miniaturowej Wandy. Jej pieszczotliwe ‘syneczku’ bardzo nam się podobało. Jemu zresztą też.

Pomiędzy drugim a trzecim Konkursem Muzycznym, Włodek owdowiał. W roku 2007 zmarła jego ukochana żona, Ewa. Włodek zamknął się w sobie. Zerwał wszystkie służbowe i wiele towarzyskich kontaktów. Postanowił przejść na wcześniejszą emeryturę. I znowu w serdecznej, prywatnej rozmowie skomentował, że psychicznie nie byłby w stanie przeżyć kolejnej śmierci, także na scenie. Jak wiemy prawie wszystkie opery kończą się tragicznie…

Zbliżyliśmy się wtenczas do niego a i on przylgnął do naszej rodziny. Imieniny Włodzimierza, 16 stycznia były dniem urodzin naszego Tomka – najstarszego syna. Celebrowaliśmy ten dzień wspólnie. Bywał u nas na Wigilii, na Wielkanocnej Święconce, a i często tak sobie, bez żadnej okazji. Uwielbiał tradycyjną polską kuchnię, szczególnie placki ziemniaczane. Doskonale rozumiał się z naszymi dziećmi, z których każde oprócz swojego zawodu, ma także wykształcenie muzyczne. Udzielał im praktycznych rad. Na przykład Piotrowi, jak za pomocą kulki chleba uzyskać niezwykły dźwięk saksofonu.

Włodek sam był także bardzo gościnny – wizyta u niego bywała zawsze miłym przeżyciem. Niezwykle inteligentny, dowcipny, z niesamowitym poczuciem humoru. Był wspaniałym gawędziarzem. Włodka można było słuchać bez końca. – O soliście operowym, który tak serdecznie się kłaniał wiwatującej publiczności, że dał pół kroku za dużo do przodu i spadł na orkiestrę. O innym przypadku, kiedy w oczekiwaniu na partnera, który już już miał wejść na scenę i śpiewać swoją rolę, ale nie wchodził – aby wypełnić czas, czekający na niego artysta zaczął, chodząc po scenie komponować: – a gdzie on jest? powinien już tu być – i tu go nie ma – ani tutaj – mam nadzieję, że mu się nic nie stało… Dyrygent, Maestro Kamirski dał znać orkiestrze aby akompaniować mu, powtarzając kilkakrotnie graną melodię. – I już zamierzał nacisnąć guzik kurtyny, co w takich sytuacjach się czyni – kiedy oczekiwany nieszczęśnik w ostatniej chwili wpadł na scenę. Zaśpiewał swoją partię bardzo dobrze. Tłumaczył się potem, że jego żołądek po prostu nie wytrzymał napięcia… Najważniejsze, że orkiestra nie straciła głowy a publiczność nie zorientowała się nic a nic.

Jednego razu otrzymałam z Polski email z zapytaniem, czy W. Kamirski, Juror organizowanych przeze mnie Konkursów Muzycznych im. Ewy Malewicz to może ten sławny polski dyrygent? Okazuje się, że od pewnego czasu próbowali się z Maestro Kamirskim skontaktować organizatorzy jubileuszu z Katowic. Tak. To ten. Zgodził się, aby podać jego kontakt. Po długich wahaniach Włodek dał się przekonać i w 2011 roku poleciał do Polski, zaproszony aby dyrygować Jubileuszowym Koncertem Orkiestry Symfonicznej Radia i Telewizji w Katowicach. Nie trzeba dodawać, że tamten Jubileuszowy Koncert, był kolejnym wielkim sukcesem Włodzimierza Kamirskiego. Było to jednocześnie pożegnanie ze sceną utalentowanego, światowej sławy dyrygenta, Maestro Vladimira.

Już wówczas podupadał na zdrowiu, do czego absolutnie nie chciał się przyznać szczególnie przed samym sobą. Wiadomo było, że cierpi, ale był niezwykle wytrzymały. Jak twierdził, nie takie przypadłości trzeba było wytrzymać, mając przed sobą kilkudziesięcioosobową orkiestrę, a za sobą nieraz kilkutysięczne audytorium. 

Zbliżał się Szósty Konkurs Muzyczny. Włodek nie dawał poznać po sobie, że czuje się naprawdę źle. Obiecywał, że nafaszerowany wszystkimi możliwymi medykamentami, stawi się jak zwykle na przesłuchaniach.
Niestety, w sobotę rano, parę godzin przed rozpoczęciem Konkursu otrzymałam telefon, że Pana Kamirskiego pogotowie zabrało do szpitala i to prosto na stół operacyjny. Muzycy znają się między sobą, więc Jury Konkursu bez problemu udało się skompletować. To wcale nie znaczy, że udało się zastąpić Włodzimierza Kamirskiego – tego nawet nikt nie próbował. Pomimo wszystko, szósty Konkurs Muzyczny im. Ewy Malewicz należał do niezwykle udanych. 

Po dosyć długiej rekonwalescencji Włodek spędził z nami jeszcze Święta Bożego Narodzenia (2015) potem przyjechał się pożegnać przed naszym wylotem do Polski (czerwiec 2016). Po powrocie dowiedzieliśmy się, że znowu był w szpitalu. Kiedy odwiedzaliśmy go w ubiegłe Święta, mówił, że chciałby już odejść. Podkreślał, że dla niego życie skończyło się z chwilą odejścia Ewy. Wkrótce i on podążył za swoją Ewą. Odszedł dobry, życzliwy, serdeczny człowiek. Człowiek wielki a jednak skromny w swej wielkości. Od ludzi wymagał szczerości. Nie znosił wywyższania się, kłamstwa ani obłudy.

Podczas pogrzebu na ekranie pokazany został fragment nagrania. Maestro Kamirski dyryguje orkiestrą. Wykonują ‘Requiem’, Giuseppe Verdiego w Sydnejskiej Katedrze. Kamera pokazuje orkiestrę, plecy Dyrygenta, potem przesuwa się z orkiestry na chór i znowu na Dyrygenta – tym razem en face – on śpiewa razem z chórem: Lord have mercy. Christ have mercy – Panie zmiłuj się. Chryste zmiłuj się…

Prochy Włodzimierza Kamirskiego oraz jego żony Ewy mają spocząć w rodzinnym grobowcu Kamirskich na Warszawskich Powązkach.

Marianna Łacek